Wydarzenia w Sobolewie i wcześniej w Bytomiu były dramatyczne nie tylko dlatego, że ujawniono cierpienie zwierząt, ale dlatego, że pokazały systemowy problem. Chaos, wychudzone i chore psy przebywające w okropnych warunkach, brak jasnej informacji, kto i za co odpowiada, a wcześniej tylko formalny nadzór, który nie zapobiegł tragedii.
Dramat zwierzaków
Każda osoba wrażliwa na los zwierzaków długo będzie nosiła w sobie obrazy, które pokazywały media w ostatnich dniach. Dramatyczne cierpienia, a często okrutna śmierć czworonogów, przynosiła niemałe pieniądze osobom prowadzącym te zwierzęce obozy zagłady. Można się zastanawiać, ile takich “schronisk” nadal działa poza zasięgiem realnej kontroli?
Chory system
Sobolew i Bytom nie muszą być wyjątkami. Organizacje prozwierzęce od lat mówią, że w kraju może istnieć kilkadziesiąt miejsc „opieki”, w których standardy są dalekie od deklarowanych, a odpowiedzialność rozmywa się pomiędzy gminami, operatorami, inspekcjami weterynaryjnymi. Dopiero udział celebrytów ze słynną Dodą na czele, ujawniony czarno na białym dramat, protest animalsów spowodował medialny wstrząs i uruchomił działania polityków.
Papiery być może były w porządku, kontrole niczego poważnego nie wykrywały, a zwierzęta realnie cierpiały. Jeśli system opierał się na tym, że płacono za schwytane psy, a potem mało kogo, poza lokalnymi zwierzolubami interesował los czworonogów. W takim chorym systemie w interesie przedsiębiorcy prowadzącego “schronisko” był jak najmniejszy koszt utrzymania zwierzęcia, a najlepiej jego jak najszybsze zniknięcie.
Mysłowickie schronisko
To właśnie ten kontekst sprawia, że pytanie o schronisko w Mysłowicach zamknięte już kilka lat temu trzeba postawić na nowo. Czy jako miasto mamy wystarczające siły i środki, by odpowiedzialnie podjąć się opieki nad zwierzętami? Sytuacja z Bytomia i Sobolewa nie ma prawa się już nigdzie powtórzyć.
Obecnie zwierzęta z Mysłowic przekazywane są do schroniska w Sosnowcu. To rozwiązanie również nie zwalnia samorządu z odpowiedzialności, a odpowiedzialność gminy nie może kończyć się na transporcie i podpisaniu umowy — obejmuje warunki bytowe, leczenie, nadzór i realną kontrolę nad tym, co dzieje się później.
Odpowiedzialność za 4 łapy
Dramat z Sobolewa udowadnia, jak łatwo odpowiedzialność potrafi się rozmyć, szczególnie gdy w grę wchodzą niemałe pieniądze. Gmina wskazuje prowadzącego schronisko, ten powołuje się na powiatowego lekarza weterynarii, a ten z kolei na procedury, a w efekcie przez lata nikt nie reaguje wystarczająco stanowczo.
Głos organizacji spod znaku animals rzadko bywa słuchany, chyba że obok pojawią się gwiazdy z pierwszych stron Pudelka, niestety tego internetowego. Nasi czteronodzy przyjaciele sami nie wygrają z bezdusznością systemu, są zdani na łaskę i niełaskę prowadzących. Reakcja przychodzi dopiero wtedy, gdy cierpienie staje się publiczne i nie sposób go już dalej ignorować.
Dlatego dyskusja o przyszłym schronisku w Mysłowicach powinna zaczynać się od najważniejszego pytania: czy samorząd jest gotów wziąć pełną, długofalową odpowiedzialność za system opieki nad zwierzętami — niezależnie od tego, czy będzie on realizowany we własnej placówce, czy we współpracy z innym miastem.
Schronisko to nie tylko budynek. To stały obowiązek: leczenie, właściwe warunki, kompetentny personel, dokumentacja, nadzór i transparentność. Sobolew i Bytom pokazują, że brak decyzji i odkładanie problemów nigdy nie działa na rzecz zwierząt.
Obecnie każda gmina powinna zadać sobie pytanie, czy robi wystarczająco dużo, by nie mieć pod swoją pieczą zwierzęcej katowni. Mysłowice stoją dziś nie tyle przed decyzją o inwestycji w budynek, ale też czy będziemy tam w stanie stworzyć dobre warunki opieki, bo zwierzęta mogą liczyć tylko na nas. Taki jest mój mysłowicki punkt widzenia.